nie jestem zupą pomidorową żeby mnie wszyscy lubili

Nie jestem zupą pomidorową żeby mnie wszyscy lubili. Public Figure. Zimno mi w stópki. Personal blog. Nie jestem leniwy, tylko energooszczędny Nie wyobrażam "Nie jestem zupą pomidorową żeby mnie wszyscy lubili." Pożyczam od klientki w procesie coachingowym. Czasem odwagi… "Nie jestem zupą pomidorową żeby mnie O mnie: Nie podoba mi się to ze nie zawsze mogę kupić to co mi się podoba. Jestem wysoka i wyglądam zawsze na zdjęciach na "wielka babę' przy reszcie.. Nie jestem leniwy, tylko energooszczędny. Computers & Internet Website. Nie jestem zupą pomidorową żeby mnie wszyscy lubili. Public Figure. Zimno mi w stópki. Nie jestem zupą pomidorową, żeby każdy musiał mnie lubić - skwitowała Patrycja. Każdy ma prawo mieć swoje zdanie i kogoś lubisz mniej lub bardziej, no i tyle, nie ma sensu tego rozgrzebywać - powiedziała Anka, która jak najbardziej zamierzała rozgrzebywać zachowanie swojej koleżanki. Całą ich kłótnię zobaczysz na poniższym nomor telepon four points by sheraton surabaya. ... Ekspert Szacuny 453 Napisanych postów 846 Wiek 45 lat Na forum 9 lat Przeczytanych tematów 22024 Pionierka, dziękuję bardzo :) Masz rację, trudno ludziom dogodzić. Jak to mówi moja koleżanka - nie jestem zupą pomidorową, żeby mnie wszyscy lubili Niech sobie piszą, co chcą, mnie tam się moje ciało podoba w 100% i nie posiadam żadnych kompleksów w tym względzie ANSF - no tak, jak pani ma poziom teścia wyższy niż wszyscy Twoi koledzy razem wzięci i piersiowy takiej wielkości, że zastępuje jej w staniku biust, który kiedyś miała, to naprawdę zaczyna się robić niefajnie... Gwarantuję Ci, że nigdy nie będziesz musiał patrzeć na moje foty w takim wydaniu ... ASNF Moderator Ekspert Szacuny 4315 Napisanych postów 48543 Wiek 32 lat Na forum 14 lat Przeczytanych tematów 519676 właśnie to chciałem usłyszeć ... Bull Administrator Ekspert Szacuny 922 Napisanych postów 55277 Wiek 48 lat Na forum 20 lat Przeczytanych tematów 335923 Małgosia ale Ty jesteś śliczną dziewczynką a na tych fotach, każda z nich to kawał chłopa. oraz jeśli się zgodzisz to jest propozycja włączenia Cię do teamu licealistek SFD POWER TEAM: Zmieniony przez - Bull w dniu 2016-01-15 18:50:26 ... Ekspert Szacuny 10043 Napisanych postów 19652 Wiek 52 lat Na forum 7 lat Przeczytanych tematów 609692 Megan podglądam Cię jeszcze z czasów Vitalii i mimo, że moim własnym (niedoścignionym) ideałem są ciała tancerek, gimnastyczek i... baletnic to ciągle pozostaje Twoją wierną fanką:) Po prostu reprezentujesz inny kanon piękna... Ale bezwzględnie PIĘKNA. Swoje lata masz (ja zresztą dużo więcej) więc i twardy tyłek na szczęście też. Mam wrażenie, że z każdym rokiem po 35 ma się bardziej i bardziej w 4literach co ktoś mówi na Twój temat. Żyjesz dla siebie. Na szczęście czasy liceum, kiedy każda się przejmowała jak ją obgadała koleżanka bezpowrotnie minęły. Wiernie kibicuję:) ... Ekspert Szacuny 453 Napisanych postów 846 Wiek 45 lat Na forum 9 lat Przeczytanych tematów 22024 Wojtek, jak już rozmawialiśmy - chętnie (znowu) dołączę do grona licealistek! Piękne to były czasy Hej Paatik!!! Ja też Cię pamiętam Cię z lejdisów!!! Miło mi, że wpadłaś mnie odwiedzić. Bardzo dziękuję! I oczywiście masz rację - z każdym rokiem mam coraz bardziej gdzieś, czy się komuś podobam czy nie i co on sobie o mnie myśli. Krzywdy swoimi treningami nikomu nie robię przecież :) Takiej odporności oraz "gruboskórności" faktycznie nabywa się w wiekiem i to jest w starzeniu się naprawdę cudowna sprawa!!! Fajnie jest mieć 40 lat i mieć duuuży dystans do większości rzeczy Dzisiaj piąteczek, więc był trening pleców, tricepsa (lajtowo) oraz brzucha (nielajtowo). ściąganie drążka wyciągu górnego za kark, 3 x 10-12, 35kg, 40 kg, 40kg ściąganie drążka wyciągu górnego do klaty, 3 x 10-12, 40kg wiosło sztangą, 4 x 10, 40kg, 45 kg, 50kg, 55kg wiosło hantlą 3x10, 18kg, 20kg, 22kg ściąganie drążka wyciągu górnego na prostych rękach, 3 x 10-12, 15kg wyprosty na rzymskiej, 3 x 12, 15kg francuskie wyciskanie sztangielki jednorącz, 6kg wznosy prostych nóg w zwisie, 3x20 brzuch na maszynie 4 x 15, 45kg, 45kg, 50kg A tutaj filmiki ze ściągania za kark oraz wiosła hantlą. Czasami lubię sobie popatrzeć na coś, czego normalnie nie widzę, a podobno fajnie wygląda Zmieniony przez - megan292 w dniu 2016-01-16 01:05:26 ... Początkujący Szacuny 19 Napisanych postów 189 Wiek 34 lat Na forum 12 lat Przeczytanych tematów 5716 Ja chodzę na siłownię na ktorej ćwiczysz na ostatnich filmikach :) zapamiętałem Cie ze zdjęć :) ... Ekspert Szacuny 453 Napisanych postów 846 Wiek 45 lat Na forum 9 lat Przeczytanych tematów 22024 Chyba za dużo tu tej mojej gęby na forum Mexcoy, to następnym razem ujawnij się i podejdź - zazwyczaj nie gryzę ... Ekspert Szacuny 1763 Napisanych postów 23229 Wiek 10 lat Na forum 14 lat Przeczytanych tematów 384349 silna z Ciebie babka dobrze , ze nie boisz sie ciezaru i nie machasz "rozowymi" hantami bez celu tak sie robi forme.. ... Ekspert Szacuny 453 Napisanych postów 846 Wiek 45 lat Na forum 9 lat Przeczytanych tematów 22024 Wincol, jakbym sobie machała różowymi hantelkami, to bym zupełnie inaczej wyglądała i mogła sobie podarować start w jakichkolwiek zawodach sportów sylwetkowych :) Zmieniony przez - megan292 w dniu 2016-01-16 20:19:13 ... Ekspert Szacuny 80 Napisanych postów 1033 Wiek 42 lat Na forum 8 lat Przeczytanych tematów 8791 Megan Ty moja motywacjo,pozdrawiam Zupa to nieodzowny element tradycyjnego, polskiego obiadu. Choć ta niezwykle popularna i lubiana potrawa w naszej kulturze bywa traktowana jedynie jako preludium do drugiego dania, to wśród zup kuchni polskiej znajdziemy prawdziwe perełki. Sprawdźmy, jak w szybki i prosty sposób przygotować polskie, pyszne w polskiej kuchni od lat połączona jest z drugim daniem obiadowym, coraz częściej jednak bywa podawana też jako pełnoprawne, bogate w smaku i formie danie. Tradycyjne zupy stworzyć możemy z prostych, sezonowych składników oraz klasycznych produktów, obecnych w większości lodówek i spiżarni w polskich domach. Gotowanie zupy bywa jednak czasochłonne. Jak cieszyć się smakiem zup na co dzień, nie mając czasu na codzienne przygotowywanie bulionu i obieranie warzyw? Poznaj kilka sposobów na pyszne zupy przygotowywane sprawnie, szybko i czyli (nie tylko) podstawa dla innych zupBaza warzywna lub mięsna, na której opieramy większość zup kuchni polskiej, to znany wszystkim bulion, wywar lub rosół. Nazwy te używane bywają zamiennie, jednak każda z nich określa nieco inną formę aromatycznej zawiesiny o tłustej konsystencji, pełnej esencji z warzyw i mięsa. Bulion, wywar i rosół możemy gotować również na rybach, a w wersji wegetariańskiej będą one oparte wyłącznie na warzywach i tłuszczu roślinnym. Rosół pochodzi oryginalnie z Francji, jednak zyskał w naszym kraju tak dużą popularność, że na stałe już łączony jest z polską kuchnią. Bulion to najbardziej esencjonalna zawiesina gotowana tak, jak wywar i rosół, jednak o wiele dłużej, bo nawet do 12 godzin. W procesie tak długiego gotowania składniki takie jak mięso i warzywa oddają nie tylko swój aromat, ale same również rozgotowują się i zagęszczają bulion, czyniąc z niego idealną podstawę do wielu zup, a także sosów. Wywar, intensywniejsza w smaku forma “rosołu”, z uwagi na większą koncentrację składników i dłuższy czas gotowania (około 3-4 godziny) pozwala na uzyskanie mocniejszego smaku w bazie dla innych zup. Wywar bywa często przygotowywany na zapas i mrożony, by w razie potrzeby móc szybko stworzyć pyszną zupę na jego bazie. Na co dzień nie mamy zwykle zbyt wiele czasu na przygotowywanie zupy przez 12 godzin. Pozostaje nam przyrządzenie rosołu, który urzeka swoją klasyczna formą i gotujemy około 1 do 3 godzin, wygotowując warzywa – zwykle typową “włoszczyznę” – marchew, pietruszkę, por i seler oraz opcjonalnie mięso wołowe lub z kurczaka, z dodatkiem takich ziół jak liść laurowy, tymianek oraz natka pietruszki, dodające rosołowi aromatu. Rosół często jest podawany jako zupa klarowna, po przecedzeniu lub wyłowieniu z niego mięsa i warzyw pozostałych po procesie gotowania. Warto jednak wzbogacić jego smak i wygląd estetycznie pokrojoną włoszczyzną, którą znajdziemy wśród mieszanek warzywnych Proste Historie, której nie trzeba będzie usuwać po gotowaniu zupy. Tajemnicą pysznego rosołu stosowaną przez niektórych jest również lekko opalona na gazowym palniku cebula. Rosół w kuchni polskiej podajemy najczęściej z makaronem-nitkami. W niektórych regionach popularny jest także rosół z tak zwanymi lanymi kluskami, tworzonymi z mąki i jajek ściętych we wrzącej zupie. Na gotowym rosole możemy stworzyć także inne zupy, dodając niezbędne warzywa i inne elementy rosół w polskiej kulturze nie tylko smakuje – znany jest także jako niezawodne lekarstwo na pierwsze objawy przeziębienia oraz na nieprzyjemne skutki imprezowego wieczoru. Rosół podawać można jako rozgrzewającą przystawkę przed daniem głównym, a także jako niewielkie danie dodające energii na uroczystościach rodzinnych, weselach i bankietach.“Nie jestem zupą pomidorową, żeby mnie wszyscy lubili!”To znane powiedzenie nie wzięło się znikąd! Za jedną z najpopularniejszych polskich zup uznawana jest właśnie pomidorowa, podawana z makaronem lub ryżem, często zabielana śmietaną, przygotowana z wywaru warzywnego lub mięsnego. Coraz częściej podawana w naszym kraju staje się także pomidorowa zupa-krem, przygotowywana z pieczonych pomidorów i odpowiedniego wywaru, jednak zblendowana. Aksamitny, gęsty i sycący krem z pomidorów może być serwowany w nieco włoskim stylu, z oliwą i chrupiącymi grzankami. Zupy krem możemy tworzyć też z innych warzyw, upieczonych w piekarniku, a następnie zblendowanych. Jeśli nie mamy czasu na przygotowywanie zup-krem od podstaw, obierać warzyw i czekać na ich upieczenie, warto wesprzeć się produktami takimi, jak zupy-krem Proste Historie. Zupa-krem z czerwonych warzyw zawiera pomidory w towarzystwie papryki, marchwi, ziemniaków i buraków, które wystarczy wrzucić do gorącego bulionu i zblendować. Bulion przygotowany wcześniej możemy nawet kilka tygodni trzymać w zamrażarce w formie zamrożonych kostek, idealnych do szybkiego gotowania na co grochówkaZupa grochowa to jedna z najpyszniejszych i bardziej pożywnych polskich zup. Jej przygotowanie zajmuje jednak wiele godzin. Dzięki Grochówce z Wędzonką Proste Historie możemy jednak cieszyć się tradycyjnym, głębokim smakiem tej zupy tak często, jak tego chcemy, spędzając w kuchni zaledwie kilkanaście minut. Zupa grochowa to smaczne źródło białka, dodające energii i rozgrzewające w chłodne dni. Dodatek wędzonki nadaje grochówce wyjątkowy, mięsny smak i aromat. Pycha!Krupnik z kasząKrupnik jest kolejną zupą pojawiającą się od wieków na polskich stołach. Syta potrawa z jarzynami i kaszą pęczak lub jęczmienną to idealny sposób na zdrowy i odżywczy obiad, bogaty w minerały i białko. Dzięki dodatkowi kaszy zupa krupnik jest treściwa i może stanowić osobny, pełnoprawny posiłek. Krupnik z kaszą jęczmienną Proste Historie przygotujesz w 25 minut na bazie z gorącego bulionu. Zabielony śmietaną będzie jeszcze bardziej sycący. Posypany świeżą natką pietruszki aż się prosi o i zdrowa zupa pieczarkowaZupa pieczarkowa to prawdziwy smak dzieciństwa. Nie przez wszystkich lubiana w dzieciństwie, bywa doceniana dopiero po latach. Podawana z marchewką i ziemniakami oraz nadającą jej charakterystyczny smak pietruszką to wspaniała podróż w czasie i przy tym naprawdę smaczne danie dla całej rodziny. Do zupy pieczarkowej możemy dodać zabielającą ją śmietanę oraz makaron-świderki. Szybka w przygotowaniu zupa pieczarkowa z pietruszką Proste Historie to świetny pomysł na letni lub wiosenny obiad. Serwowana przed drugim daniem z chudego mięsa idealni dopełni smaczny obiad, a zblendowana na zupę-krem, podawana z grzankami z chrupiącego chleba, tartym serem i czarnuszką dla smaku może osobno stanowić pyszną przekąskę lub szybkie danie dla bazie przygotowywanego raz na jakiś czas i mrożonego w kostkach bulionu możemy tworzyć smaczne i kolorowe, różnorodne zupy nawet każdego dnia. Smaczne i pożywne produkty Proste Historie pozwalają na szybkie przygotowanie ulubionych zup w kilka chwil. To oszczędność czasu przy jednoczesnym zachowaniu zdrowej diety bez zbędnych konserwantów. “Nie jestem zupą pomidorową, żeby mnie wszyscy lubili” – brzmi pewne powiedzenie. Bo pomidorówkę faktycznie lubią niemal wszyscy. A już na pewno Dobromiła, Maggie, Pela, Panna Malwinna, Bartoldzik, Mopsik, Chantel i Martynosia, z którymi wspólnie gotowaliśmy pomidorowe zupy. Przeróżne. Ja zrobiłam zupę z pomidorków koktajlowych, jako że akurat miałam je pod dostatkiem. Uważam, że nie ma nic lepszego niż pomidorowa ze świeżych, dojrzałych pomidorów. Słodkie pomidorki koktajlowe także świetnie nadają się do tej roli. ZUPA Z POMIDORKÓW KOKTAJLOWYCH (2 porcje) 500g pomidorków koktajlowych, 2-3 gałązki tymianku, ½ cebuli, ½ marchewki, 1 łyżka oliwy, 1 łyżeczka masła, 1,5 szklanki bulionu warzywnego, 2-3 łyżki śmietanki 18% (z kartonika), 2 łyżeczki jogurtu naturalnego, sól i pieprz, szczypta cukru, świeża bazylia do dekoracji. Piekarnik nagrzać do 180 stopni. Pomidory umyć i przekroić na połówki. Włożyć do naczynia żaroodpornego. Dodać listki z gałązek tymianku, oprószyć solą i pieprzem i skropić oliwą. Piec ok. 20 minut. Obraną cebulę i marchewkę pokroić w kostkę i poddusić na maśle. Wlać bulion i dodać upieczone pomidory, gotować ok. 20 minut. Następnie całość zmiksować blenderem i przetrzeć przez sitko. Ponownie zagotować, zdjąć z ognia, dodać śmietankę. Doprawić solą, pieprzem i cukrem do smaku. Przed podaniem każdą porcję udekorować kleksem jogurtu i listkami bazylii. Podobno mawiają o mnie: „Jarosińska to jest jak taki Feniks!” – rozmowa o życiu, Malcie i macierzyństwie Zacznijmy od tego, co definiuje współczesną kobietę sukcesu. Ha, czy ja jestem kobietą sukcesu? Jeśli wyznacznikiem wspomnianego sukcesu są spełnione marzenia, to owszem. Dla każdego artysty osiągnięcie sukcesu jest sprawą nadrzędną. Jednak nie zawsze nasze wyobrażenie o sukcesie jest równorzędne z poczuciem szczęścia. Ale gdy zadam Ci pytanie, czym jest sukces, to co Ci pierwsze przychodzi do głowy? Dla każdego sukces jest czymś innym. Ktoś może na przykład wygrać z chorobą, tak jak ja, i to jest sukces. Na pewno dla mnie sukcesem jest to, że będąc małą dziewczynką, urodzoną w małym mieście Będzinie, czyli w Zagłębiu, spełniałam swoje marzenia. Pamiętam, że każdy się pukał w głowę, kiedy mówiłam, że będę aktorką albo będę śpiewać. Tym bardziej że moja rodzina nie była związana ze sztuką. Ale wrażliwa muzycznie? Duchowo tak. Moja mama grała na mandolinie. Mój tata ma wszechstronną wiedzę również muzyczną. I dlatego mówiąc o sukcesie pomimo mojego wieku… znaczy 44 lat… Zabrzmiało to, jakbyś już przechodziła co najmniej na emeryturę. Nie, nie. Nie zamierzam przechodzić na emeryturę i uważam, że będę jak Irena Kwiatkowska. Dlatego sukces jest właśnie tym, że jako dziewczynka wybrałam sobie cel, miałam marzenia i one się spełniły. Jak sen. Może nie zawsze jest do końca tak, jak sobie wymyśliłam czy planowałam. Po drodze działy się różne niefajne rzeczy – takie, na które czasami człowiek nie ma wpływu. Podobno mawiają o mnie: „Jarosińska to jest jak taki Feniks!”. Feniks z popiołu – dlaczego? Tak, że się zawsze odradza. Odkąd pamiętam, pytają mnie: „Jak ty to robisz?”. Ja nie wiem, skąd mam pokłady takiego szaleństwa. Jak jest mi smutno, to przede wszystkim nie mogę być sama, bo wtedy przychodzą do mnie najgorsze demony. Największe strachy wychodzą z szafy. Najgorszy jest demon nudy. Muszę być wśród ludzi. Nie jestem wampirem, który wysysa krew z drugiego człowieka, ale dążę do zachowania równowagi energetycznej. Jestem biorcą, ale też dawcą. Co najbardziej lubisz w ludziach? Hmm… Skoro się zastanawiam, to znaczy, że to chyba zbyt poważne pytanie. To chyba sprawa indywidualna. Kogo lubię a kogo nie. Czy ja lubię samą siebie czy nie. Wiesz, ja generalnie lubię człowieczeństwo. Podobno mawiają o mnie: „Jarosińska to jest jak taki Feniks!” – rozmowa o życiu, Malcie i macierzyństwie. Foto Archiwum prywatne Ale człowieczeństwo przejawiające się w empatii? Pomocy? Wrażliwości? Czy człowieczeństwo, które polega na tym, że potrafimy myśleć i mówić? Tak, na pewno to drugie. Martwię się tylko o jedną rzecz: że w obliczu postępu technologicznego…zapominamy o sobie, o człowieczeństwie. Co będzie, jak nas nie będzie? A może planeta zrobi sobie po prostu „uff”? Myślę, że jak nas nie będzie, to będą kolejni ludzie. Ale jacy… Nadludzie, cyberludzie. Czytałam ostatnio taki post, jakiś fragment książki Stephena Hawkinga, który napisał, że w naszym gatunku ludzkim niebezpieczne jest to, że będziemy się zbytnio udoskonalać. Chociaż z drugiej strony może to nie jest wcale takie złe w obliczu tego, co się dzieje na tej Ziemi. Jednak grzebanie w genetyce, to nie jest chyba do końca dobre. Już to robimy. Owszem i będziemy trochę nadludźmi. Ale może nastaną czasy, że będziemy musieli takimi ludźmi być. Z racji na przeludnienie, zmiany klimatu czy generalnie postęp. Oczywiście istnieje tego typu niebezpieczeństwo. Mój mąż zawsze mówi, że chciałby dożyć czasów, żeby mózg można było przełożyć do jakiegoś androida. Żeby innemu ciału nadać własnego myślenia i pojmowania świata. Dokładnie tak. Aby człowieka obedrzeć z tych nerwów, stresu… Ja też ciągle mówię o depresji czyli o chorobie duszy. W każdym wywiadzie, ciągle o tym mówię. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że nigdy nie przypuszczałam, że mnie to spotka. Dużo się tym interesuję i wiem, że to jest choroba XXI wieku. Ale depresja była wynikiem zmagań z chorobą? Pojawiła się po chorobie czy przed nią? Nie, wcześniej. To mnie złapało po różnych przykrych wydarzeniach w życiu prywatnym, związanych z tatą. Ale nie chcę o tym mówić, bo to jest przeszłość. Nie przypuszczałam, że mnie, tę silną babę, coś takiego dopadnie. Takie zwątpienie w życie i innych ludzi. Zadałaś mi pytanie, za co lubię ludzi, a ja nie wiedziałam co odpowiedzieć. Kiedy tak bardzo się rozchorowałam, naprawdę zwątpiłam w człowieczeństwo, w bliskich Mi ludzi. Oczekiwałam pomocy od osób, które wydawało mi się bardzo dobrze znam i potwornie się zawiodłam. Myślisz, że te osoby ci pomogą, a okazuje się, że wręcz przeciwnie. Podobno mawiają o mnie: „Jarosińska to jest jak taki Feniks!” – rozmowa o życiu, Malcie i macierzyństwie. Foto Archiwum prywatne Najczęściej możesz się zawieść. Tak. Okazuje się że pomagają ci ludzie, o których nigdy byś nie pomyślała, że wyciągną do ciebie rękę, a nie tacy, którzy są z Tobą na co dzień. To nie spijanie sobie z dzióbków pochlebstw, ale deklaracja „Słuchaj, ja ci po prostu pomogę”. Nie wiem, czy wiesz, ale słyszałam że ludzie generalnie reagują alergicznie na słowa „pomóż mi”. Że jest tego psychologiczne czy behawioralne wyjaśnienie. Ja nigdy nie używam słów „pomóż mi”. No, ale czasem są sytuacje, w których jesteśmy bezsilni… Nie prosiłam nikogo o pomoc. Nie potrafię, to jest coś takiego… A podobno najprostszy komunikat jest najlepszy. Tak, ale nie słowa „pomóż mi”. Czy te słowa nie są tak naprawdę takie same, jak każde inne? Nie. Ludzie się boją, że będą za coś odpowiedzialni, że muszą być za kogoś odpowiedzialni, że muszą się wykazać, że ktoś zabierze im cenny czas albo że muszą się w coś angażować. Ludzie najczęściej angażują się wtedy, kiedy sami tego chcą. Czy myślisz, że to przez te nowe technologie? Takie odsunięcie się człowieka od człowieka? To na pewno. Czy przez obniżenie poziomu wrażliwości? Wydaje mi się, że wrażliwość to my dalej mamy. A czy to nie jest taka troszkę pozorowana wrażliwość? Właśnie, to, co mnie najbardziej irytuje, to ta okazywana empatia i wrażliwość na pokaz, np. wszyscy „zajebiście” się pasjonujemy biednymi zwierzętami, dziećmi, różnymi akcjami charytatywnymi. Udostępniamy różne rzeczy, których sami nie chcielibyśmy widzieć i doświadczać na własnej skórze. Publicznie opłakujemy kogoś, kto odszedł. Ideały mamy często tylko w głowie. Ideały mamy też w filmach, w komediach romantycznych, tam jest miejsce na ideały. Tak, ale ludzie w social mediach chcą być idealni. Chcemy, aby nam zazdroszczono. To, że mamy super figurę, że mamy super wakacje, że jesteśmy zajebiście fantastyczni. To taki sadomasochistyczny ekshibicjonizm. Z drugiej strony mam dużo znajomych, którzy są singlami. Facetów, dziewczyny, o różnej orientacji seksualnej. Wciąż nieszczęśliwych, a tylko udających że jest wspaniale. Okupujących portale randkowe… Ja pamiętam, że wiele lat temu zarejestrowałam się a na jakiejś platformie do randkowania. Strasznie się tego wstydziłam. Bo uznałaś, że jest to właśnie społeczny ekshibicjonizm? Dokładnie i to jest smutne. Tylu ludzi marzy o miłości, ale większość z tych ludzi potem płacze do poduszki, upija się, narzekając: „Jestem taka samotna/samotny”. Oglądałam program o dziewiętnastolatku, bardzo przystojnym młodym chłopcu, który ma problem, żeby poderwać dziewczynę. Do tego to wszystko zmierza: ci ludzie nie umieją rozmawiać. Ja też zauważyłam, że czasami nie chce mi się czegoś napisać i wysyłam pismo obrazkowe. Współczesne hieroglify jak jak kiedyś w Egipcie, rozumiesz? Mówię: „Kurczę, czy ja jestem jakąś analfabetką, że nie potrafię złożyć dwóch zdań?”. Bo kiedyś potrafiłam, a teraz często po prostu mi się nie chce. Ja mówię osobie, a mam 44 lata. A co dopiero ludzie, którzy mają 18, 19? Piszą do siebie znakami albo piszą „hahah”, a wcale nie są zadowoleni. Poza tym komunikacja internetowa wymaga, żeby być w grupie tzw. komunikowania się językiem grupowym. Często się tworzy charakterystyczne dla środowiska formy komunikacji, dzięki który poczujesz się wyjątkowo – no bo ty znasz ten system porozumiewania się i on ci nadaje charakteru, wyjątkowości. Może to jest taka ciągła potrzeba dowartościowania się. Każdy ma potrzebę dowartościowania się. Jesteśmy próżni. Mamy jakieś pokłady egoizmu, oczywiście w różnym natężeniu. No ale jest też egoizm zdrowy. Mój mąż mnie uczył zdrowego egoizmu, bo ja tak naprawdę nigdy o sobie nie myślałam. Zawsze stawiałam siebie na ostatnim miejscu. Zawsze starałam się zadowolić wszystkich wokół siebie. Pewnie dobry psycholog by powiedział, że to przez problemy rodzinne, bo kiedy byłam dzieckiem bla, bla, bla. Może i tak jest. Ale rzeczywiście zawsze dopiero na końcu myślałam o sobie. Mój mąż mówi mi zawsze „Słuchaj, nie ma nic złego w zdrowym egoizmie”. On mi to wytłumaczył że zdrowy egoizm bardzo przypomina asertywność. Aby nie mówić za każdym razem „tak”. Żeby czasem mówić „nie”. Kiedyś się bałam, że jak powiem komuś „nie”, to ktoś się może obrazić, źle poczuć, a tak naprawdę to ja się czułam źle z tym, że nie powiedziałam tego „nie”. Teraz jak powiem „nie”, to jestem taka zadowolona z siebie: uff, udało mi się. A to jest właśnie ten zdrowy egoizm. Żeby czasami dbać o siebie bardziej. Dokładnie. I to właśnie ludzie wykorzystują. Jest coś takiego, jak ja to mówię: „do grającej szafy grosik wrzuć”. Ale zmieniłaś się, gdy weszłaś w relację partnerską? 12 lat już jesteśmy razem, to już jest tak długo, że hej. Czyli na pewno miało to wpływ, jeżeli mąż przynajmniej sygnalizował ci, że można by było coś zmienić. Skąd decyzja o wyjeździe i zadomowienie się na Malcie? To jest bardzo długa historia. My z moim mężem zawsze chcieliśmy mieszkać za granicą. Najlepiej gdzieś na południu. Bo jest ciepło, a my jesteśmy zmarzluchami. Nie chcę mówić o konkretach, jak doszło do tego, że wylądowaliśmy właśnie na tej Malcie, a nie gdzie indziej. Co najważniejsze to jest to, że obydwoje nie jesteśmy desperatami, ale bardzo ambitnymi ludźmi, zawodowcami, a tam akurat w dalszym ciągu brakuje wykwalifikowanych pracowników… Mój mąż po pół roku znalazł pracę, jest producentem muzycznym, technikiem, inżynierem dźwięku, pasjonatem, szaleńcem – ja go tak nazywam. W bardzo krótkim czasie znalazł pracę w swojej profesji. To, żeby wyjechać, też nie jest takie proste. Mówię po angielsku i włosku, i mój mąż po angielsku i niemiecku, więc zawsze się dogadamy. No i przede wszystkim, co jest ważne, obydwoje należymy do bardzo otwartych osób. No, bo jak do jakiegoś kraju przyjeżdżasz, to musisz się zaadaptować. Zaakceptować warunki i przede wszystkim poznać tę kulturę. Musisz pamiętać że jesteś gościem. Czy już pozbyłaś się tej łatki „gościa” na Malcie? Czujesz się tam jak u siebie? Już trochę tak. Mam swoje miejscówki, jak chodzę z moją Bożeną na spacer (pies), to ona mnie prowadzi, już mnie znają panie w sklepach, u fryzjera, mamy znajomych sąsiadów i przyjaciół w naszym mieście. Pan z zieleniaka zawsze zwraca uwagę na kolor moich paznokci (teraz nie mam, bo zdjęłam): „O, jaki piękny ma pani ten kolor”. Zawsze się z każdym przywitam, no i wszyscy znają Bożenę. Tak naprawdę dzięki Bożenie poznajemy całą masę ludzi. Każdy chce ją dotknąć, przytulić. Tylko ona nie zawsze się da bo ma swój charakterek. To jest niesłychanie zabawna sprawa. Już trochę czuję, że tam jest mój dom. Jestem jednak lekko rozbita, bo jak sama przyjeżdżam do Warszawy, to wiadomo, że jestem skazana tylko na siebie. Wszystko załatwiam sama. Dziś na przykład jestem chora, bo wczoraj wracając z imprezy gdzie występowałam, wiedziałam że jestem chora i mam temperaturę. Sama musiałam się sobą zaopiekować. Takie sytuacje kryzysowe akceptuję – w sensie, że tak ma być. Nie należę do osób, które będą się nad sobą użalać, płakać, jęczeć, truć i mordować psychicznie wszystkich na około. Nie. Biorę to na tzw. klatę. Trzeba iść do przodu. Czego Cię nauczyły trudne chwile w życiu? Może to smutne co powiem ale zasady „nie ufaj nikomu”. Artyści mają coś takiego, że są otwarci, zbyt emocjonalni, nie zawsze ich ktoś traktuje serio. Nawet jeśli mają bardzo dobre, szczere intencje. Ludziom wydaje się, że bycie artystą jest fantastyczne, a to często najbardziej stresujące zajęcie nie dające stabilizacji oraz ciągła walka. Czy choroba zmieniła Twoje priorytety w życiu? I tak, i nie. Jak się o tym wszystkim dowiedziałam, o tej tragedii, to znowu odezwała się u mnie nieszczęsna depresja. Bierzesz leki, przestajesz, bierzesz, przestajesz. Taki strzał, że musisz czekać kilka miesięcy na operację. Niby próbujesz żyć normalnie, wszyscy mówią, że super, lekarz cię uspokaja. A ty myślisz swoje… Po operacji znowu byłam na lekach. To był naprawdę ogromny stres. Ciągły stres. To napięcie, to czekanie. Czy wszystko będzie dobrze. Tak naprawdę priorytety zmieniły mi się półtora roku po operacji. Poukładałam sobie też sama pewne tematy. Praca, kontakty, ludzie, moja aktywność. No przede wszystkim praca nad sobą. To na pewno – dużo pracy nad sobą. Czyli? „Praca nad sobą” to bardzo pojemne stwierdzenie. To jest takie przepędzanie demonów. Wiadomo, że każdy ma takie natręctwa myślowe, a szczególnie ludzie którzy mają depresję – te demony cię atakują z każdej strony. Rób to, nie rób tego, jesteś do dupy. Pojawia się totalna autodestrukcja. Ja się np. nauczyłam – i polecam to innym – zmieniać stację radiową w głowie, żeby odsuwać wszystko, co jest negatywne. Staram się natychmiast odrzucać każdą złą myśl co się rodzi po drodze. Nie jest to łatwe. Gdyby to było takie proste, tobyśmy się pozbywali problemów natychmiast, zmieniając stację. Nie mówię, że to jest łatwe, mówię tylko o sobie. Każdy powinien znaleźć swoją drogę. A jak to wyglądało w praktyce? Psycholog, terapia, leki. Przecież psychotropy zostały wymyślone, by je brać. Żeby ta serotonina w mózgu była bardziej aktywna. Jednak te leki to jest taki plaster, który naklejasz na ranę, a problem jest gdzie indziej. Ta rana musi się sama od środka wygoić – tym środkiem jest nasz umysł. Mnie to bardzo dużo czasu zajęło, żeby sobie wypracować taki efekt. Jak znalazłaś balans? To nie jest tak, że osiągnęłam swoje katharsis i pełną równowagę. Demony i potwory często wracają. No tak, bo są trudności życia codziennego. Problemy są po to, by je rozwiązać. Myślę, że jest mi już trochę łatwiej. Tak jak powiedziałam wcześniej: poznałam ludzi – nie mogę powiedzie, że nowych przyjaciół – odkryłam ich i oni odkryli pewne rzeczy we mnie, których byłam absolutnie nieświadoma. Że potrafię taka być. Albo że mam takie cechy charakteru, o których myślałam, że ich nie mam. Dużo mi też pomogło to, że zmieniłam środowisko. Ci nowi znajomi wspierali mnie. Bardziej mi zaufali i mnie nie oceniali, a ja zaufałam im. I z tego można by wyciągnąć wniosek, co lubisz w ludziach, na co zwracasz uwagę. Tak. To jest piękne, że ludzie cię nie oceniają, tylko cię akceptują taką, jaką jesteś. To są chyba jednostki. No i dzięki Bogu na takich ludzi trafiam. Zaczęłam trafiać – może w ten sposób. Może nie jest ich zbyt wielu. Łatwo kogoś oceniać, łatwo też kogoś skrzywdzić oceną. Po angielsku jest takie powiedzenie Walking in someone else’s shoes, czyli: „chodzisz w cudzych butach”. Łatwo się mówi, ale wiadomo, że ktoś mnie ocenia i że ja mogę kogoś niesłusznie ocenić. Ja przestałam wydawać osądy. Tego też się nauczyłam. Czy ucinasz niesłużące Ci znajomości, raczej uważasz, że każdą relację, nawet jeżeli ona w danym momencie jest negatywna, da się kiedyś kontynuować czy nie? Zdecydowanie tak. Trzeba czasami zrobić sobie taki rozwód z jakąś osobą, bo może się zdarzyć, że kogoś źle oceniłam. Wiele rzeczy się dzieje na płaszczyźnie pozawerbalnej. Czasami gdy biorę z kimś „rozwód”, ktoś też może mieć do mnie żal, o czym ja np. nie wiem. Bo może też popełniłam coś, z czego nie zdawałam sobie sprawy. To, co w moim mniemaniu wyglądało super, dla kogoś mogło być bolesne albo przykre. Czasem wracam do starych znajomości. No, chyba że są jakieś takie hardcore’owe i po raz kolejny okazuje się, że jest zonk. Ale ja jestem raczej zadawaniem ludziom szans, niż za ich odbieraniem na zawsze. Czy wierzysz w przypadek? Nie ma przypadków. Bo? Spotykamy ludzi w życiu po coś. Nie traktujmy tego materialnie ani konsumpcyjnie, że nam się coś opłaca. Z jakiegoś powodu się spotykamy i ma to jakiś sens. Nie mówię też, jak kalwiniści, którzy postawili tezę, że wszystko jest w życiu poukładane, a my tutaj tylko udowadniamy to, co zostało założone. Nie do końca się z tym zgadzam. Uważam, że wszystko dzieje się po coś. Jest udowodnione, że nasze myśli są jak fale radiowe. Jeśli dobrze je rzucimy w kosmos energetyczny, to… wrócą do nas. Mówią o tym książki typu Prawo przyciągania, Sekret itd. Ktoś powie że to taki trochę bullshit. Te interpretacje nie zawsze do mnie trafiają i bardziej wierzę w naukowe stwierdzenia. Jednak niezaprzeczalnie coś w tym jest. Gdybyś miała możliwość wymazania jakiegoś fragmentu swojego życia, co by to było? Po tych różnych, przykrych sytuacjach bardzo się zmieniłam. Gdybym wymazała to wszystko, nawet te złe rzeczy, to tak, jakbym miała jakąś amnezję. Jakbym straciła pamięć, czyli nie byłabym taką Moniką Jarosińską, z którą dzisiaj rozmawiasz. No, ale zobacz. Miałaś trudne doświadczenia zdrowotne, na pewno Cię one umocniły. Jednak czy nie byłabyś równie silna, gdyby tego nie było? Byłabym. No właśnie. Myślę, że byłabym, bo taki mam charakter. To jest tak: mleko się rozlało, co ma być, to będzie. Naprawdę nauczyłam się akceptować pewne rzeczy. Nie zawsze było mi z tym po drodze i łatwo. Łącznie z tym, że się starzeję, że mało ćwiczę – a powinnam. Z czegoś wynika ten kult młodości… Nie mam już tej schizofrenii. Jak skończyłam 30 lat, bardziej się bałam, że stracę kobiecość, że młodość mi już mija. Nigdy nie wierzyłam w to, że życie zaczyna się po 40. Ale tak naprawdę robię rzeczy, które lubię, a nie muszę lubić. Oczywiście są z tym związane sprawy zawodowe, bo wiadomo, musimy zarabiać pieniądze, musimy zarabiać na godne życie. Ale tak sobie myślę… No, kurczę, czy będziesz mnie mniej lubić, Monika, albo czy ktoś będzie, jak będę chudsza? No, ale pamiętaj, że często ludzie odbierają nas tak, jak nas widzą. Niespecjalnie chcą się zagłębiać w to, co kto robi. Ale wiesz co, to już jest ich problem. Czyli opinia jakby… Nie… Ostatnio udzielałam wywiadu dla WP. I taki mój przyjaciel z Londynu mówi tak: „Broń Boże nie czytaj komentarzy”. Od dawna nie czytam komentarzy. To już nie chodzi o to, czy ktoś jest frustratem, czy nie jest frustratem, to jest już poza mną. Dziś siedzimy sobie w fajnym miejscu, pijemy sobie dobrą herbatę, ja jutro się pakuję, lecę na Maltę do mojego męża i Bożenki. Potwory na mnie czekają. Jeden i drugi. Przylecę, zrobię jakąś pastę, pójdę na spacer. Czy opinia drugiego człowieka jest w stanie zmienić moje życie? Już teraz nie. Czy myślisz, że do tego trzeba dorosnąć? Tak. Zapewne nie raz powiedzą „Jarosińska jest głupia”. No i ja mam się tym przejąć? Nie jestem zupą pomidorową, żeby mnie wszyscy lubili. To takie stare, wyświechtane powiedzenie, ale tak jest. Czy ja muszę się wszystkim podobać? Czy ja muszę wszystkim coś udowadniać? Nie, wiem, że jestem zdolną aktorką, wokalistką, producentką – bo produkuję muzykę, piszę teksty. Spełniam się w tej swojej artystycznej działce. A masz z tyłu głowy coś, czego jeszcze chciałabyś spróbować? Na pewno mi się urodzi. Jestem takim typem baby, że muszę się sprawdzać, lubię wyzwania… Wyznaczasz sobie cele? Czy one się same rodzą w odpowiednim momencie? One się pojawiają, nigdy nie planowałam sobie życia. Nie jestem babą z planem. Nasze plany to podobno żarty dla Pana Boga. Tak. Ale są kobiety, które muszą sobie wszystko zaplanować. Mąż, w tym roku dziecko, a w tym pojadę na narty, tu się upiję… A propos dziecka. Jest to dla Ciebie drażliwy temat? Nie, absolutnie. Czyli jest to temat otwarty? Tak, zdecydowanie. My z moim mężem sobie mówimy, że gdyby nam się jeszcze przytrafiło na tzw. dojrzałe życie, na pewno będziemy chować i kochać, i całować, i pieścić. Bożena (pies – przyp. red.) będzie zazdrosna na bank. Czy to jest jakieś szaleństwo z mojej strony, że nie mam dzieci? Nie. No, ale nie pada: „Dobra, stary, bierzemy się do roboty”? Nie. Ufasz temu, co się wydarzy? Tak. To wszystko ma jakiś sens. Gdybyś miała wymienić dwie, trzy najważniejsze cechy swojego charakteru, to byłyby to… Niecierpliwość. Ale jako wada? Tak. A zaleta? Jestem jakąś taką, w tych wszystkich moich nienormalnych historiach, niepoprawną optymistką. Pomimo że jestem pesymistką. Wiem, że to się jedno z drugim wyklucza, ale tak jest. Jestem bliźniakiem zodiakalnym, więc… Masz dwie osobowości. Jedna jest psychiczna, nienormalna i płacze. A druga jest po prostu pełnią szczęścia. Ale potrafię też stać mocno na nogach. No, sprawiasz wrażenie kobiety z silnym charakterem. Tak, ale też nie raz siedziałam i płakałam w kącie. Taka skrajność. Ale już mniej płaczę. Leki działają, wiesz? To może teraz o kobietach, jak oceniłabyś sytuację nas kobiet w Polsce? Czy ja wiem… Zależy, którego wątku chcemy dotknąć. Kobiety się stały na pewno bardziej wyzwolone, bardziej ambitne i bardziej niezależne, ale też bardziej nieszczęśliwe. Nieszczęśliwe? Może niektóre są bardzo szczęśliwe w swoim mocnym, fajnym życiu. Mówię o pewnej grupie kobiet. Silne osobowości, niezależnie od różnych zmian, i tak sobie dają radę. Właśnie to chciałam powiedzieć. Każda z nas jest inna i w danej sytuacji się inaczej zachowa. Oczywiście możemy walczyć o naszą kobiecość, o nasze przywileje. Ale to są sprawy indywidualne. Jak to się mówi? Kobieta dla kobiety wilkiem? Mówi się tak, owszem, ale widzę też jednak dużą solidarność. To nie jest już kwestia „kobieta – kobietom”. Chodzi raczej o to, co ma się w głowie, i o ogólny stosunek człowieka do człowieka. Moim zdaniem to wszystko już zatraciliśmy. Ale może dlatego, że jesteśmy w dużej aglomeracji? Nie… Chyba te modele wsparcia funkcjonują w mniejszych miastach… Nie no, to na pewno. W Warszawie żyje się inaczej, szybciej. Kobiety mają więcej możliwości. Są jakieś programy, które pokazują, że kobiety w małych miasteczkach, na wsiach, w ogóle nie mają tej świadomości. Nie możemy też wszystkich na siłę uszczęśliwiać. Nie możesz jakiejś pani, która dobrze się czuje w swojej strefie komfortu, na siłę wrzucić do czegoś innego, bo ona się w tym nigdy nie odnajdzie. To jest moim zdaniem zbyt szeroki temat, by go omawiać tak ogólnie. My kobiety jesteśmy bardzo skomplikowanym gatunkiem. Ale wspierasz akcje typu Czarny Marsz, mocno prospołeczne, które dosadnie wyrażają się w symbolice, w słowie? Czy wspieram… No, to, że np. sobie zrobię naklejkę na Facebooku, to jest takie wspieranie social mediowe. Nie chodzę na Czarne Marsze. Aczkolwiek uważam, że kobieta powinna mieć prawo do decydowania o sobie. Dlaczego ktoś inny ma mówić mi, jak mam żyć? Jak mam rodzić i… Wiesz o czym mówię? Bo jeśli np. bym miała zagrożoną ciążę albo wiedziałabym, że w tym wczesnym stadium moje dziecko jest po prostu chore i niepełnosprawne… Ale wtedy byś musiała zrobić badania prenatalne. No to na pewno. To jest dla mnie jakiś kompletny absurd, że dostęp do badań prenatalnych jest ograniczony. Żyjemy w XXI w. i po to to wszystko powstało, ta technologia tak poszła do przodu, żeby nam pomóc, a nie nam szkodzić. Cały czas są dyskusje, czy zarodek jest człowiekiem, czy nie jest człowiekiem. Czy czuje, czy nie czuje. Sama mam tu wątpliwości. Jest tyle zła na tym świecie, tyle chorych dzieci i tyle nieszczęść, że… Czy to jest egoizm? Zdrowy egoizm? Może. Żeby dokonać aborcji. Uważam, że to jest zawsze trudna decyzja. To jest szalenie trudna decyzja dla kobiety, dlatego mówię, że sama mam wątpliwości, bo ja nie wiem, jak ja bym się zachowała w takiej sytuacji. Ale na pewno wiem, że gdybym miała dziecko bardzo, bardzo chore i ono miałoby bardzo cierpieć ileś tam lat życia, to chciałabym mu oszczędzić tego cierpienia. Jeśli byłaby taka sytuacja. Tak jak mówię – nie wiem, ponieważ sama nie znalazłam się w takiej sytuacji. Aczkolwiek kobieta powinna sama decydować. Żyjemy w tych czasach, że nie powinniśmy ani wierzyć w zabobony, ani poddawać się myśleniu mężczyzn, którzy nie mają o tym pojęcia. Bo są też i tacy, którym łatwo wydawać oceny. Mężczyzna jest dawcą, to kobieta rodzi, kobieta jest w ciąży, kobieta ponosi większą odpowiedzialność. Kobieta często zostaje sama z problemem. Oczywiście. Ale to już jest inny temat. Czym się kierujesz w życiu? Co jest najważniejsze? Instynktem. Mam taki instynkt samozachowawczy, mam niesamowitą intuicję, która mi mówi, że coś jest dobre, a coś jest złe. Kiedyś tego nie słuchałam, teraz absolutnie słucham. Instynkt zwierzęco-ludzki. Spróbujmy teraz podsumować: to czym jest ten sukces? Nie wiem. Może radością dnia codziennego? Dla jednych sukcesem może być życie rodzinne i piątka dzieci, dla innych kariera zawodowa, a dla jeszcze innych wypielenie ogródka. Nie raz się zastanawiałam, czym jest sukces. Dla mnie sukcesem będzie to, jeśli dalej będę realizowała swoje marzenia, które miałam jako mała dziewczynka. Czyli bycie aktorką? Tak, i śpiewanie oraz koncertowanie. Wtedy czuję się spełniona, to mi daje dodatkowy poziom adrenaliny… Ale jeżeli chodzi o jakieś zawodowe realizacje, to masz coś, czego chciałabyś dotknąć? Chciałabym zagrać zakonnicę. Zakonnicę… Ale w spódnicy jak Whoopi Goldberg? Nieee, taką prawdziwą. Taką szaloną to bez problemu, bo jestem taka kabareciara. Chciałabym zagrać taką zachowawczą, skostniałą żmiję. To czemu w odzieniu zakonnicy? Bo to jest szalenie przewrotne. Lubisz przewrotność? Bardzo. To świadczy również o wysokiej inteligencji. Podchodzi do Ciebie nieznana osoba i mówi: „Powiedz mi, co mam zrobić, czuję się źle, co mam zrobić?”. Ha, jestem takim poradnikiem psychologicznym i non stop daję rady. Mogłabym pisać poradniki. A poza tym uwielbiam się dzielić wiedzą. W jakiej dziedzinie najczęściej ludzie się Ciebie radzą? Praktycznie w każdej. Od gotowania po problemy prywatne, małżeńskie, z dziećmi itd. I to nie jest tak, że przenosisz te problemy na siebie? Już nie, bo się nauczyłam oddzielać pewne sytuacje. Odcinać się, ale jak się okazuje, że np. moje rady komuś pomogły, dzwoni do mnie i mówi: „Kurna, dzięki, stara, po prostu miałaś nosa”, to jest to miód na moje serce. To jest fajna sprawa. Jak odreagowujesz stres? Biegam. Nie zawsze mi się chce. Oglądam też filmy dokumentalne, to jest taki mój konik. Mam jakąś kompletną szajbę. Dwa dziennie filmy dokumentalne muszę zobaczyć przed snem. Na przykład ostatnio widziałam taki dokument o facecie w Stanach Zjednoczonych, który nie pochował swojej żony. Zamknął ją w szklanej trumnie, która stoi w salonie. No, fantastyczna sprawa. Dałam mężowi ten link, on pyta: „Coś mi sugerujesz?”. Ja na to: „Ja ci tylko chciałam pokazać film”. Ja ci chciałam pokazać tylko, jak wygląda miłość. Dokładnie. Wczoraj oglądałam taki dokument o księdzu Polaku, który mieszka w Arktyce w malutkiej wiosce. Okazuje się, że w tej miejscowości (tam jest ciągle biało) jest największy odsetek samobójstw. Popełniają samobójstwa i dzieci, i dorośli. Tylko to jest na tyle dołujące, że mi się to potem śni, bo mi mózg to miele… To już na pewno wiesz, gdzie nie chciałabyś się znaleźć. Na pewno. Fajny dokument oglądałam też o zwierzętach biblijnych. Czy tak naprawdę to, co było napisane w Biblii… O wężu czy o szarańczach? O wężu. Okazuje się, że w jednym z pierwszych przekładów prawdziwy wąż, który nakłonił Ewę do ugryzienia tego jabłka, miał nogi, to była salamandra. Potem Ewa została wygnana z raju, a jemu Pan Bóg powiedział „Słuchaj, a ty teraz zamiast chodzić na nogach, będziesz pełzał po ziemi”. I to są takie fantastyczne rzeczy! Uwielbiam! Chłonę to jak gąbka. Zawsze sobie szukam kolejnych tematów przed snem, co by tu dzisiaj… To jest takie moje hobby. A muzyka? Muzyka jest nieodłączną częścią mojego życia z racji tego, że mój mąż jest producentem muzycznym, a ja śpiewam i gram. W tym roku zrobiliśmy ciekawy singiel z Norbim, cały czas sobie coś tworzę. Zaczęłam śpiewać w „Jaka to melodia”. To też jest niesamowita przygoda. Cieszę się, że mam taką odskocznię na tej Malcie, której wcześniej absolutnie nie doceniałam. Będę szczera. Nie zawsze było tak super kolorowo. Doceniam ten moment, kiedy jestem tutaj. Ale w ogóle bardzo tęsknię za Warszawą, za znajomymi. Jak przyleciałam ostatnio, to biegałam po lesie jak obłąkana i wąchałam liście. Nie wiem, tabletki działają czasem inaczej, ale działają. Już jadę do mojego drugiego domu, miałam naprawdę maraton, a i tak wszystkiego nie załatwiłam, co miałam załatwić. Byłam tylko na dwa tygodnie, ale już czwartego wracam po kolejne wyzwania zawodowe, nowe rzeczy. To życzę Ci, żeby te rzeczy Ci dawały spełnienie i… Szczęście. Szczęście przede wszystkim. rozmawiała Monika Rebelak/redaktor naczelna Piotr Stokowiec, były trener Lechii Gdańsk, a obecnie szkoleniowiec Zagłębia Lubin, w wywiadzie dla "Dziennika Bałtyckiego" mówi o rozstaniu z biało-zielonymi, dlaczego nie oglądał meczów Lechii, o relacjach piłkarzami, czy uważa się za gorszego człowieka niż trenera i o pracy z reprezentacją odejściu z Lechii Gdańsk był Pan ekspertem telewizyjnym, a teraz wrócił Pan do Zagłębia Lubin. Lepiej być trenerem niż komentować wydarzenia piłkarskie?Telewizja to fajna przygoda, ale to był jedynie krótki epizod między jedną a drugą pracą w klubie. Byłem, jestem i będę trenerem, bo w tej pracy czuję się najlepiej i na tym najlepiej się znam. Mam to szczęście w życiu, że robię to, co kocham i w tym się realizuję. Rola eksperta telewizyjnego to było dla mnie kolejne, interesujące doświadczenie, bo ja lubię piłkę, jestem jej ciekawy. Miałem możliwość zobaczyć pracę dziennikarzy z innej strony, zza kulis. Wiedza o tym jak funkcjonują media przyda mi się teraz w mojej pracy trenerskiej. Myślę, że teraz lepiej rozumiem, was, dziennikarzy. W ogóle dobrze spożytkowałem te cztery miesiące przerwy w pracy trenerskiej, bo w ostatnich dziesięciu latach cały czas miałem ciągłość pracy, mało było przerw i okazji do wypoczynku, a taki „reset” mentalny jest potrzebny każdemu szkoleniowcowi. Oczywiście w tym czasie nie leżałem na kanapie, bo to był idealny moment na rozwijanie i wzbogacanie własnego warsztatu, poszerzanie wiedzy, spotkania z innymi trenerami, analizę tego co nowego pojawiło się w futbolu itd. Byłem też kilka tygodni na kursie językowym na Malcie, żeby szlifować swój angielski, ale też chętnie dzieliłem się wiedzą i własnym doświadczeniem szkoleniowym. Miałem cztery kursokonferencje dla polskich trenerów, a na każdej było około tysiąca uczestników. Były też zajęcia na AWF w Warszawie z psychologami sportu i kilka programów telewizyjnych. Ale oczywiście mogłem też odpocząć w rodzinnym gronie, nabrać energii na nowe TAKŻE: Kto jest najdroższym piłkarzem Lechii Gdańsk? Niespodziewany lider rankingu TOP 29Jak dużym zaskoczeniem była dla Pana decyzja władz Lechii o zakończeniu współpracy?Byłem zaskoczony, ale musiałem się z tym pogodzić i zachować profesjonalnie, jak na zawodowca przystało. Bolało mnie to, bo byłem przekonany, że właśnie teraz może być nasz sezon. Bo dopiero latem 2021 roku miałem pierwszy raz możliwość – jakiej nie miałem w dwóch poprzednich przerwach między rundami – pełnego, uczciwego przepracowania okresu przygotowawczego z drużyną. Kibic często o tym nie pamięta, ale na zgrupowanie zimowe Lechia nigdzie nie wyjechała, a latem 2020 roku obóz przygotowawczy został przerwany już drugiego dnia, bo mieliśmy w drużynie zakażenia koronawirusem. Miałem świadomość, że my tej zaplanowanej pracy nie wykonaliśmy i drużyna będzie musiała za to zapłacić w pewnym momencie sezonu. I tak było. Natomiast już latem 2021 zrobiliśmy na zgrupowaniu świetną robotę i byłem pewien, że – bez względu na to, kto będzie trenerem – runda jesienna to będzie dobry czas Lechii. I tak było. Co oczywiście w żadnym stopniu nie umniejsza roli mojego następcy w klubie. Życzę jemu i Lechii jak najlepiej, ale wiem też, że wykonaliśmy ze sztabem dobrą robotę i nie zamierzam się tego było jasne: nie zamierzam wylewać żółci czy narzekać, bo z Gdańska zabieram jedynie dobre wspomnienia. Gdańsk i Lechia zawsze będą miały miejsce w moim sercu. Zostawiłem tam wiele zdrowia, miałem konkretne osiągnięcia, udało się trochę odkurzyć markę Lechii. Sądząc po tym, jak zostałem pożegnany przez kibiców i zawodników, to był dla mnie bardzo dobry czas. Tak to chcę zapamiętać i tak bym chciał zostać w Gdańsku zapamiętany. Czuł Pan, że coś się wypaliło między Panem i zawodnikami?Nie zgadzam się z taką oceną. Kilkanaście dni przed moim zwolnieniem wygraliśmy wysoko z Cracovią 3:0 i wtedy nikt o wypaleniu nie mówił. Przegrałem jeden mecz – na wyjeździe z Lechem, który jest piekielnie silny w tym sezonie. Jestem wymagającym trenerem, a mimo to relacje z zawodnikami były na normalnym, dobrym poziomie. Świadczy o tym choćby te kilkanaście smsów z podziękowaniami, które dostałem od piłkarzy Lechii, gdy opuszczałem Gdańsk. Ale powiem panu szczerze, że ja nie jestem zupą pomidorową, żeby wszyscy mnie lubili. Nie taka jest rola trenera. Trener to jest lider, szef odpowiedzialny za powodzenie projektu. Musi być więc osobą wymagającą. Moim zadaniem było rozwijanie zawodników, drużyny i klubu. I to robiłem. Najlepiej jak potrafię. Stworzyliśmy atmosferę pracy, a o wszystkim świadczą wyniki. One po mnie w Gdańsku zostaną i pewnie – z perspektywy czasu – ta ocena mojej pracy będzie bardziej łaskawa. Muszę powiedzieć, że ja nigdy nie miałem problemów z zawodnikami, to czasami niektórzy zawodnicy mieli problem ze mną. Ale tak się dzieje tylko w przypadku tych piłkarzy, którzy stawiają swoje ego ponad dobrem drużyny. Dla mnie zespół jest zawsze najważniejszy. Jedyne co mogę powiedzieć to to, że pod koniec mojej pracy w Lechii czułem, że nie mam już takiego wsparcia i zaufania ze strony władz klubu, jakie dostawałem wcześniej. A w takiej sytuacji pracuje się bardzo zarzuty do Pana nie dotyczyły wyników, tylko stylu gry i że Lechia męczyła widzów tym, co prezentowała na z tym bywało. Bo ja pamiętam też mecze, które wygrywaliśmy wysoko po efektownej grze. Potrafiliśmy grać odważnie, gdy było nas na to stać pod względem jakości piłkarskiej, jaką miałem w drużynie. Popatrzmy na to, jaką Lechię przejąłem, a jaką oddałem swojemu następcy. Zadaniem trenera jest wykorzystać potencjał zespołu, jaki ma do dyspozycji. A pamięta pan od czego w Gdańsku zaczynałem? Przejąłem drużynę, która była mocno przepłacona, a i tak musiała się bronić przed spadkiem. W tamtej grupie ludzi brakowało team spirit, każdy ciągnął w swoją stronę, interes drużyny w ogóle się nie liczył. Rozpasanie i samowolka. Musiałem to ukrócić, oczyścić i uzdrowić szatnię, podjąć wiele trudnych decyzji selekcyjnych i wtedy rzeczywiście narobiłem sobie wrogów. Ale było warto. Bez zrobienia porządku nic byśmy nie osiągnęli, ani nie zdobylibyśmy trzeciego miejsca w lidze, ani Pucharu Polski. Nie posmakowalibyśmy też europejskich pucharów. Przy tym wszystkim – i o tym też proszę pamiętać – trzeba było uzdrowić finanse klubu, bo w warunkach, jakie wtedy zastałem w Gdańsku nie dało się na dłuższą metę funkcjonować. Temat zaległości był pierwszym, o którym pisała prasa. I to ciągle do nas wracało, utrudniało pracę z zespołem. Dlatego zgodziłem się brać udział w procesie odchudzania kadry, schodzenia z zawodników z wysokimi zarobkami i wprowadzaniu młodzieży. Musiałem się zachowywać tak jak gospodarz, a nie ktoś, kto wpadł do klubu na chwilę, by gasić pożar. Za mojej kadencji z Lechii odeszło ponad 50 zawodników. Często rozstawaliśmy się z piłkarzami, których zarobki nie były adekwatne do poziomu, jaki prezentowali. Stopniowo uzdrawiałem szatnię, budowałem zespół i osiągnęliśmy konkretne sukcesy, choć przecież Lechia nie robiła spektakularnych transferów za miliony euro. Poszliśmy w kierunku odpowiedzialności finansowej. Twierdzę, że Lechia nigdy nie grała poniżej swojego potencjału piłkarskiego. A różnie z tym potencjałem bywało, przez te cztery lata, raz lepiej raz gorzej. Odbijało się to na wynikach. Czy ja narzekałem na to, że w klubie nie udało się zatrzymać takich piłkarzy jak Filip Mladenović czy Lukas Haraslin? Z nimi Lechia byłaby słabsza czy silniejsza? Transfery do Lechii robiliśmy raczej tanie, nie jakieś spektakularne. I na pewno te ostatnie były udane, bo przyszli Joseph Ceesay, Ilkay Durmus i Marco Terrazzini, którego nawet nie miałem okazji sprawdzić, bo złapał kontuzję. Moim zadaniem było też wprowadzanie młodych zawodników do drużyny i to się udało. Proszę tylko spojrzeć: Karol Fila, Tomasz Makowski, Jan Biegański, Mateusz Żukowski, Kacper Sezonienko czy Jakub Kałuziński. Sprzedawaliśmy też zawodników za niezłe pieniądze. Oczywiście nie przypisuję tego wyłącznie sobie, bo to był efekt pracy nas wszystkich, sztabu, trenerów młodzieży. Przy tym wszystkim wymagano od nas wyników, bo tego też oczekują też kibice. I te wyniki były adekwatne do poziomu drużyny jaką miałem do dyspozycji w danym momencie. Przekazanie drużyny trenerowi Tomaszowi Kaczmarkowi odbyło się inaczej niż np. w targanej konfliktami Legii?Zdecydowanie tak. Mam nadzieję, że kibice również to zauważą. Oddałem drużynę dobrze przygotowaną, ułożoną, bez konfliktów w szatni. Nie chciałem zostawić po sobie spalonej ziemi, bo Lechia zbyt wiele dla mnie znaczy. W cywilizowany sposób uścisnąłem dłoń trenera Kaczmarka i życzę jemu oraz Lechii sukcesów podobnych do moich, a nawet większych. Klub i kibice na to zasługują. Pracowałem w Gdańsku na 120 procent, rozwinąłem się jako trener i za mogę podziękować. Przekazałem stery, kiedy drużyna była w czubie tabeli PKO Ekstraklasy, na miejscu podobnym, jak w tej TAKŻE: Najdroższe kluby w PKO Ekstraklasie. Lechia jest na podium? TOP 18Lechia z Panem się rozliczyła?Zostawmy to. Nie ma we mnie złych emocji, na nikogo się nie się Pan całkowicie od Lechii po zwolnieniu czy oglądał Pan jej mecze w telewizji?Przyznaję, że nie oglądałem. Widziałem skróty, bramki, ale całych meczów nie. Serce może wiosną włączyć się do gry o mistrzostwo Polski?Liczę, że tak. Nie często jest taka sytuacja w naszej lidze, że z walki o tytuł odpada taki rywal, jak Legia. To jest okazja, którą można wykorzystać. Sam jestem ciekaw jak będzie wyglądała Lechia na z Lechią zdobył brązowy medal, ale Rafał Wolski powiedział, że wtedy drużyna bardziej przegrała mistrzostwo. Tego trofeum z Lechią Panu brakuje?Życie nauczyło mnie, żeby cieszyć się z tego co mam, a nie żałować tego, czego nie mam. Oczywiście jestem ambitnym trenerem i chciałbym walczyć o najwyższe cele, ale czasem to jest niemożliwe. Mieliśmy wtedy swoje problemy, ale o tym już się nie pamięta. Dziś łatwo palnąć takie zdanie, że coś wtedy przegraliśmy, a ja uważam, że warto spojrzeć na historię klubu i zobaczyć co mamy w gablocie z trofeami. I ja szanuję to, co mi się udało przynieść do gabloty Lechii w Zagłębiu też czeka Pana trudne zadanie?Przywykłem już do tego, że wchodzę w taki… rozgardiasz. Moim zadaniem jest uporządkowanie drużyny. I tu też zacznę od szatni. Nie zmienia się jedno: potrafię wyciągnąć drużynę z kryzysu. Pokazałem to w Lubinie za pierwszym razem, pokazałem też w Lechii. Myślę, że uda się także teraz. Lubię stawiać na młodzież, a w Zagłębiu jest świetna praca z młodzieżą. Kilku zawodników potrafiłem wyszukać z korzyścią dla nich i dla klubu, mam nadzieję, że tak będzie i tym Pan na majową wizytę Lechii w Lubinie?Czekam na 15 meczów, bo to będzie dla Zagłębia bardzo wymagająca wiosna. A ja – jak mówiłem – nie mam złych emocji w stosunku do Lechii, nie ma żadnych podtekstów, ani pretensji do nikogo. Ja każdemu w klubie z Gdańska mogę spojrzeć prosto w twarz. Nie muszę teraz nikomu nic udowadniać, bo już to w Lechii wcześniej zrobiłem. Teraz skupiam się na pierwszym meczu rundy wiosennej z Legią. A mecz z Lechią przywoła dobre jedynie wspomnienia znad pracy w Lechii był Pan poważnym kandydatem na trenera reprezentacji Polski, ale wybrany został Jerzy Brzęczek. Gdyby pojawiła się propozycja może Pan rozwiązać umowę z Zagłębiem? Dzwonił prezes PZPN Cezary Kulesza, z którym zna się Pan z Jagiellonii?Proszę nie szyć dla mnie garnituru, który jest szyty – z tego co słyszę – dla trenera Adama Nawałki (śmiech). Ja jestem skupiony na pracy w Lubinie, dopiero co podpisałem umowę, a zapisów kontraktowych nie mogę ujawniać. Oczywiście marzeniem każdego trenera jest praca z reprezentacją. Nie ma co ukrywać, że moim też. Jeśli któryś szkoleniowiec mówi inaczej to chyba nie jest szczery. Ale w moim przypadku przyjdzie jeszcze na to czas, ja w to wierzę. Jestem w najlepszym dla trenera wieku, mam dobry, merytoryczny sztab, zdobyłem już sporo doświadczenia i kiedy przyjdzie ten moment, to będę gotowy do podjęcia pracy z kadrą. Wcale mnie to nie przeraża, raczej potraktowałbym to jak wyzwanie. Pokazałem już, że potrafię pracować z piłkarzami z dużym ego. Wiem jak odnaleźć się w trudnej szatni, bo przecież w łatwej to żadna sztuka. Wielkie ego zawodników trzeba umieć przekierować na realizację celów całej drużyny. Ale oczywiście prowadzimy teraz rozważania jedynie hipotetyczne, bo rozmawiamy o nieokreślonej przyszłości. Bo na teraz – żeby wszystko było jasne – nie było żadnego kontaktu, żadnej TAKŻE: Kto odejdzie z Lechii, a kto dołączy do biało-zielonych?Wyobraża Pan sobie, że można postąpić tak, jak Paulo Sousa?Bardzo słabo to wyszło. To duże rozczarowanie. Różnie można mówić o stylach, graniu płynnym, hybrydowym, ofensywnym, defensywnym, pięknej grze, a ważne jest zrobienie wyniku. Wyników, niestety, zabrakło. A i postawa pana Sousy pozostawia wiele do życzenia. Bolą Pana komentarze niektórych piłkarzy, że jest Pan znacznie lepszym trenerem niż człowiekiem?To znak czasu, że mocniej wybrzmiewa to, co kontrowersyjne. Zazwyczaj tego nie komentuję, bo to jedynie nakręca tę spiralę złośliwości. Ale OK, odpowiem panu, bo chcę pokazać mój punkt widzenia na tę kwestię. Zawodnicy to są młodzi ludzie, dla których prawdziwe życie zacznie się dopiero po skończeniu kariery piłkarskiej. Niektórzy zachowują się jeszcze jak chłopcy w krótkich spodenkach, którzy próbują coś zbroić. Nie akceptują faktu, że dla mnie zawsze najważniejsze było dobro drużyny, którą prowadzę, a nie wygoda i dobry kontrakt zawodnika. Z wielu takich przepłacanych piłkarzy rezygnowałem i wprowadzałem w ich miejsce ambitną młodzież, którą sami potrafiliśmy wychować. Jakoś trudno mi sobie przypomnieć, co do kogo się jakoś poważnie pomyliłem. Kiedy pozbyłem się świetnego zawodnika, który później poszedł do lepszego klubu, albo zdobywał trofea? Wygrywał mistrzostwa? Najczęściej byli to zawodnicy już syci, najedzeni, którzy chcieli odcinać kupony. Albo nie mieli zdrowia do piłki. Z taką ekipą trudno coś zwojować, więc z nich rezygnowałem. Nigdy tego nie żałowałem, nawet jeśli ktoś mnie teraz próbuje nieelegancko kąsać. Taki jest koszt tej pracy. Te komentarze to taka prymitywna zemsta, to próba psucia mi dobrego imienia, bo przecież w Polsce nie brakuje zawodników, którzy wiele mi zawdzięczają i potrafią to okazać. Z wieloma utrzymuję stałe kontakty, chociaż już nie pracujemy razem. Kilku młodych zawodników potrafiłem wprowadzić na poziom europejski. Takie są fakty i tylko one się liczą. Ja nie mam problemów z szatnią. Wręcz przeciwnie, świetnie się dogaduję z piłkarzami. Ale oczywiście jestem człowiekiem wymagającym, czasami muszę pokazać, że mam twardą rękę. I tu jest pewien paradoks. Często media i kibice domagają się, żeby przyszedł trener i zrobił porządek w szatni. A później, gdy trener ten porządek już zrobi, to pojawiają się w tych samych mediach komentarze, że piłkarz X się skarży. No skarży się, bo traci pieniądze i wygodne miejsce do pracy. Często mam wrażenie, że u nas – trochę jakby przypadkiem – stawia się na głowie hierarchię w klubie. Bo czy to trener ma się podobać zawodnikom czy zawodnicy trenerowi? Ja stawiam zawsze na współpracę, ale gdy widzę, że ktoś nie chce wiosłować w tym kierunku co drużyna, bo ma własne cele, to musimy się rozstać. I to ja jestem od tego, żeby mu to powiedzieć. Tak pojmuję kwestię odpowiedzialności za drużynę. Ze wszystkimi tego ofertyMateriały promocyjne partnera

nie jestem zupą pomidorową żeby mnie wszyscy lubili